„Sońka” Karpowicza, czyli jak zrobić nieprzyciągający tytuł!

Podobno Karpowicz był faworytem Nike, ale afera z Dunin sprzątnęła mu statuetkę i 100 tysięcy złotych sprzed nosa. Może tak, może nie. Wiadomo, że nic bardziej nie kręci czytelników niż skandal. Im żałośniejszy, tym mniej kręci. Ale zawsze coś. Dzisiaj „przeciętny Polak” (obrzydliwe pojęcie, które jest największym kłamstwem tego świata, jak każda statystyka) kojarzy kilku polskich pisarzy. Coś tam im mówi Grochola i Witkowski, ale tego drugiego znają z wieśniackich fatałaszków na ściankach, które oglądają co dzień na Pudelku. Pilch to ten od śmiesznej komedii z obsranymi i zarzyganymi ludźmi, a jak ktoś słyszał coś o nagrodzie Nike [najk’i] to pewnie się zastanawia czemu nikt nie nominował Kasi Tusk za jej nową książkę czy Ewy Chodakowskiej, która ma dar wpływania na miliony Polaków.

Absolutnie mi to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie – cieszę się z tego całym sercem. Bo przecież jaką radość można mieć z tego, że robi się to, co wszyscy? Lepiej mieć jakieś niszowe zainteresowanie i napawać się paskudną elitarnością.

Ale miało być o Karpowiczu. Pewnie 100 tysięcy by mu się przydało, a raczej skandal na sprzedaż książek się nie przeniósł, ale to zrobiło z niego człowieka. Ludzie poznali jego twarz, wiedzą, że to ktoś zrobiony z krwi i kości. Taki jak my, co sobie chlapnie, pożyczy pieniądze i poszuka baby, a nie zastanawia się nad wzniosłymi ideami i nie wie jak kupić chleb w sklepie.

Ale miało być o Sońce.

 

Za każdym razem gdy zaczynam pisać post na bloga, którego i tak czytam tylko ja, zastanawiam się po co. Tylko dlatego, żeby zatrzymać choć ułamek tego, niewypowiadalnego uczucia (BLE!!!), które towarzyszy mi podczas czytania. Wczoraj czytałam Sońkę, dzisiaj zaczęłam inny tekst i nie mogę go czytać. Bo myślę o niej. Nie mogę jej potraktować jak kolejnej książki, o której zapomnę.

Sońka ma aurę babki Stasiuka, z całą surowością wiejskiej baby.  To jak opowiada o sobie i I. opowiada o niej jest tak klimatyczne, że aż trąci tkliwością, która jednak nie przeszkadza. A nie przeszkadza dlatego, że Karpowicz nie udaje natchnionego poety, tylko wyziera tu i tam z tekstu i czasami nawet chwali się literaturoznawczym sznytem. I dobrze! Nikt tu niczego nie udaje, nikt się nie KRYGUJE. A sama Sońka… piękna. Smutna, tragiczna, momentami zabawna. Momentami nieprzesadnie wzniosła. Jestem teraz jak tytułowa bohaterka, która więcej czuje, niż potrafi powiedzieć, dlatego teraz zamilknę, by nie wyrzucić Sońki z pamięci.

 

Dzięki T.!

 

Zabezpieczajcie się Drodzy!

Tak, trzeba. Trzeba rysować gwiazdki na mleku i radośnie oświadczać nam, że to nie mleko. Koniecznie trzeba zabezpieczać się małymi literkami. Duże nie wchodzą w grę. Bo co to za zabawa wiedzieć, że pije się nie sok? Lepsza jest nutka niewiedzy, tajemnicy, czasami nawet dreszczyk emocji.
Trzeba.
Traktujemy się jak bandę idiotów, którzy każdego chcą wydymać przy każdej nadarzającej się okazji. Może to nie powinno nas dziwić? Podobno okazja czyni złodzieja. Ale do rzeczy… Wysłałem ostatnio mejla. Niewinnego, jakieś pitu, pitu do firmy z komputerami – zapytanie o ofertę.  Moje pitu, pitu doszło do odbiorcy, ale odpowiedź, jaką dostałem troszkę mnie zadziwiła:

„Uwaga: To potwierdzenie doręczenia wiadomości oznacza tylko, że wiadomość została wyświetlona na komputerze adresata. Nie ma żadnej gwarancji, że treść tej wiadomości została przeczytana lub zrozumiana.”

Seriously? Really? Are you fucking kidding me?

Rozumiem wszystko, ale serio trzeba się bardziej zabezpieczać niż przed niechcianą ciążą? Serio trzeba napisać, że odbiorca mejla może być takim debilem, że nawet jak odczyta wiadomość, to może jej nie zrozumieć i i tak jesteśmy w czarnej dupie? Zatem jak mamy się komunikować? Idziemy do sklepu i mówimy: „Poproszę 10 bułek.” Niestety nic z tego nie wynika, musimy być przygotowani na to, że sprzedawca nie zrozumie naszej prośby i dostaniemy 99 starych ciast. I musimy je kupić, bo przecież nikt nam nie dał gwarancji, że ekspedientka zrozumie, co do niej mówimy.  Kiedy małżonek wypowiedział sakramentalne „TAK” – nie można byc niczego pewnym, bo mógł nie rozumieć… Jak dostanę pismo z ZUS-u, że muszę zapłacić tysiąc złotych podatku – NIE ZROZUMIEM!

Seriously chcemy takiej komunikacji? Seriously chcemy traktować siebie jak kompletnych kretynów, którzy nie rozumieją niczego? Zatem należy ubezwłasnowolnić cały naród, całą ludzkość. Nie będziemy myśleć, wybierać, rozumieć. Na trzy, cztery wyłączamy ROZUM.

Abdelhamid Abaaoud nie żyje…

Podobno to ten, który był zaplanował serie zamachów w Paryżu.

I teraz nie wiem, co tym sądzić. Jak jeden mąż potępiamy tych zbrodniarzy Muzułmanów, którzy zabili niewinnych ludzi. Żeby przez odrzucić od siebie myślenie tylko o tym, że byli jakąś liczbą, która nic nie znaczy, muszę pomyśleć, że każdy z nich miał jakąś rodzinę, ktoś, kto tam zginął miał dziecko, ktoś lubił słuchać tej samej muzyki, co ja i można ich odnaleźć jeszcze jako uśmiechniętych i sfotoszopowanych fejsbukowiczów. Wtedy myślę nie o liczbie, ale o jednostkach. Niezbyt długo, bo nie mam na to czasu i ochoty. Bo to daleko, a u nas na Śląsku nikt nie chce strzelać.

Ale kiedy widzę krzyczące nagłówki słabo mi się robi. Media donoszą, że nie żyje jeden człowiek i jakoś nie jestem w stanie mniej współczuć jednemu terroryście niż tej masie ludzkiej. Jeżeli świat potępia zamachy terrorystyczne (i bardzo dobrze!), to jak ten sam świat nazwie zamach na tego człowieka? On zabija w imię swojego boga, a my (Zachód) zabijamy go w imię naszego zlaicyzowanego boga – prawa. Nie ważne. Zabijamy. Tak jak on zabił tych Francuzów. Nie znam żadnego dowodu, który przemawiałby, że zabicie tego CZŁOWIEKA byłoby słuszne. Owszem, należała mu się kara (jeżeli to on), ale kto nam pozwolił wykonywać wyroki?  Zrobiliśmy to samo, co on zrobił nam i nie stoimy ani trochę wyżej, ani niżej od niego. Jesteśmy tacy sami.

Nie jesteśmy w stanie zrozumieć dlaczego on był mordercą i on tez nie miał prawa podjąć decyzji o istnieniu kilkuset osób, ale to nas nie usprawiedliwia.

„Dwunastu gniewnych ludzi” – myślę jak Davis. Nie mogę inaczej.

Nienawidzę radykałów, ale nie mogę przestać się dziwić (i odrobinkę zazdrościć), że są jeszcze ludzie, którzy mogą tak mocno wierzyć. Że są osoby, które umierają za swoje ideały. Czy u nas (na Zachodzie hue, hue) znajdą się jeszcze tacy?

Prośba do: Partii Zjednoczonych Matek Boskich

Kocham absurd. Uwielbiam. Często mnie on bawi. Czasami irytuje, czasami wkurwia. Powszechny burdel mnie nie inspiruje, ale go lubię. Chyba byśmy oszaleli, gdyby nie absurd. On nas chroni, niczym tulący nas do swojej piersi ojciec lub Anioł Stróż, roztaczający nad nami skrzydła swojej kurateli.

Żartem wydaje mi się nowy rząd z Antosiem na czele, który – WRESZCIE – wyjaśni na PRAWDĘ o Katastrofie Smoleńskiej. Jeszcze bardziej bawi mnie nowy Minister Środowiska, który jest myśliwym, łowi rybki, pyta czy rząd potajemnie truje obywateli i chce zniesienia dyrektyw unijnych dot. zakazu polowania na małe ptaszki, którymi nawet mój kot by się nie najadł. Bawi mnie to, bo to tak jakby Putin miał dostać Pokojową Nagrodę Nobla, jakby Miszko I miał wprowadzać innowacje do czegokolwiek, to tak jakby poprosić polskiego złodzieja samochodów o przypilnowanie Mercedesa. Można? łaj not, nikt nie będzie mi mówił, jak mam żyć!

Na szczęście zauważam małe rzeczy i to one mnie najbardziej bawią. Bawią mnie zabawne nazwy sklepów monopolowych w Tychach (tj. „Promil”, który reklamuje się hasłem: „U nas zakupy wejdą Ci w krew”; „Monofaza”, „Monopolka”–> tak nazwę swoją córkę; „Gul gul”, „Opryszek”).

To miał być blog o kulturze, a więc jestem niekonsekwentny.  Trudno. Ale zacząłem wątpić. Jak można pisać bloga m. in. o książkach, jak Polacy nie potrafią zdania po polsku napisać, nie mówiąc już o czytania. Więc wątpię, ale żeby nie zwariować robię swoje. Natknąłem się na taką perełkę:

halinka to pisala

I nie mogę przestać o tym myśleć. W świecie, w którym prawie każdy ma wyższe wykształcenie, kiedy trzy kierunki studiów to mało, kiedy Łukasz Jakubiak i inni dziwni mentorzy krzyczą, żeby się uczyć, zdobywać świat, rozwijać, ktoś daje mi możliwość NIEPRZYUCZENIA SIĘ.

Błagam, dajcie mi tę prace. Chce się nie przyuczać. Pragnę tego i więcej zaskakujących spotkań. Zatem: Matko Partio Zjednoczonych Matek Boskich – módl się za nami grzesznymi i daj nam więcej absurdu.

Czytanie Twardocha

FullSizeRender(6)33

Nie mogę inaczej zacząć i chyba tak powinnam też skończyć. Żeby przeczytać Twardocha wystarczy sięgnąć po jego ostatni wylew, co się zowie „Wieloryby i ćmy. Dzienniki”. Nie obchodzi mnie czy on zawiera jakiś pakt autobiograficzny z czytelnikiem, czy sobie stworzył podmiot syleptyczny czy nie. Jego piękna buźka krzyczy z okładki, że to on, ale nie kłamie tylko ten, kto nie opowiada…

Jak usłyszałam, że Twardoch będzie publikował coś na miarę Dzienników trochę sie przeraziłam. Dzienniki, może mylnie, kojarzą mi się z czymś dostojnym, z jakimś podsumowaniem może życia. Że takie formy pisze się na starość. Twardoch chyba stary nie jest, ale na takiego pozuje.

Okładka. OKŁADKA! Mało jest okładek, które są interesujące, ładne i przykuwają wzrok. Nigdy wcześniej nie napisałam słowa o okładce. Ale po kupieniu „Dzienników” chyba zrobię ołtarzyk samej okładce. Tak dla porównania Twardoch wersja 1.1 VS 6.0:

tw mn

Za nowego Twardocha oddałabym nowego Mercedesa. Niestety go nie mam… Twardoch spoziera smutnym, melancholijnym wzrokiem. Jest tak odbrombiony na tym zdjęciu, że kupiłabym książkę tylko dla okładki.

Jestem gdzieś w połowie połykania Twardocha, który uwodzi czytelniczki. Jest trochę nekrofilski w swoich wyznaniach, bo chyba nie wierzy, że może leżeć na nocnych szafkach żywych czytelniczek. I wtedy gdy mnie uwodzi, kiedy jest rubaszny jak w erotycznych scenach z „Morfiny”, jest do przyjęcia. Jego nazwisko powinno mu powiedzieć, kiedy jest najlepszy. Twardoch ma być twardym sukinsynem i taką prozę pisać. (Przynajmniej jeżeli pisze ją dla mnie) Jak przytrafiają mu się miętkie, poetycko utkane metafory, wydaje mi się, że przeczytał za dużo Paulo Coelho.

Byłam kiedyś na spotkaniu autorskim z Twardochem, który wydał mi się bucem. Ogromnym bucem, pewnym siebie samcem alfa. I nie przeszkadzało mi to. Dlatego, jak czytam rozmemłanego Szczepana, to wydaje mi się nieautentyczny. Na szczęście mam pełną świadomość, że czytam inną książkę, niż Twardoch napisał. Podobają mi się wątki fabularne, najmniej te autobiograficzne. Bawi mnie scena, jak Twardoch rozmawia z synem o duszy i wydaje mi się, że narodziła się nowa, genialna Orszulka… Cieszy mnie to, że Twardoch mnie bawi, momentami zachwyca, jak to udało mu się w „Drachu”, a teraz pokazał, że może mnie też powkurwiać.

Dalej jestem w połowie połykania. Jak już przełknę, to może palec boży mnie dotknie i cud zrozumienia mnie ogarnie. Jak na polskie realia wydawnicze jest w pytę, a jak komuś się nie podoba, to zdjęcie wymuskanego, niedogolonego, modnego w tym sezonie drwala Twardocha rekompensuje wszystko.

Fuck… miałam inaczej zakończyć, więc:

Im więcej czytam Twardocha, tym bardziej mnie ten nadęty kabotyn złości!

Gościnnie: KarolciaXD

 

Nadchodzi cywilizacja!

IMG_5702

Jak ułożyć szósty widelczyk na stole, na który guzik zapiąć marynarkę i czy witać się z gospodarzem w przedpokoju czy w salonie – ktoś kiedyś z jakichś niezrozumiałych powodów stwierdził sobie, że wie najlepiej, co to etykieta i narzucił ją całemu ludowi świata. No może troszku przesadziłem. Znalazło się kilka takich, którzy wiedzieli i narzucili to swoim kulturom. Chyba nie mili innych problemów i im się bardzo nudziło… Ok, wiadomo, że nie będę na urodzinach cioci Cili trzymać nóg na stole (chyba, że nikt nie widzi, albo wszyscy są tak pijani, że im to nie przeszkadza). Chciałem powiedzieć, że nie należy popadać w skrajności. Noszę dwie różne skarpetki, bo nie chce mi się szukać pary, a jak kicham to nie przepraszam – nikt z tego powodu nie rozpacza. ALE CHUJ MNIE STRZELA (!!!) JAK WIDZĘ COŚ TAKIEGO:

FullSizeRender(4)

Publiczne kible nieraz mnie zaskoczyły. Rozumiem, że w Polsce żyją jeszcze nieucywilizowani ludzie, którzy nie potrafią trafić do kibla, ale raczej uwłaczająca mojej godności karteczka z pierdolonym napisem tego nie zmieni, a tylko wkurwi dobrze wychowanych arystokratów.

Prawie w każdej publicznej toalecie wiszą takie kwiatuszki. Czasami mnie bawią, ale częściej czuje się poniżony. Pochodzę z patologicznej rodziny, ale z kibla nauczyli mnie korzystać. A gdyby tak nie było – prędzej czy później sam bym się zorientował, żeby po wyjściu z kibla za każdym razem nie dewastować umywalki. Really: dałbym radę.

Dlatego szczerze podziękuję tym wszystkim, którzy uważają mnie za półinteligenta, informując mnie, że fusy z kawy mam wrzucać do toalety. Dziękuję za oświecenie mnie, że kran włancza się automatycznie i pouczenie, że to w jakim stanie  pozostawiam kibelek świadczy o mojej kulturze.

Reasumując ten wywód… dziękuję babciom klozetowym i im przełożonym, że jedną karteczką potrafią zrobić z nas – ludu barbarzyńskiego – ucywilizowanych.

Na początku był Pierre Bayard

Jest taki żart (chociaż żart to chyba powinien być śmieszny?), że na świecie są pewne tylko dwie rzeczy: śmierć i podatki…

Jak już przestałeś się krztusić ze śmiechu to czytaj dalej.

In my opinion jest jeszcze jedna rzecz: świat nigdy nas nie przestanie zadziwiać i głupota ludzka też. Dziwi mnie to, że można popadać w skrajności. Że jedno szczycą się tym, że nigdy nie przeczytali książki i brzydzą się tymi półinteligencikami, którzy mają się za lepszych, bo hipstersko maszerują z książkami pod pachą. Są jeszcze Ci, którzy wstydzą się, że czegoś nie przeczytali. Zawsze znajdą się tacy, którzy wstydzą się, że są gorsi, bo nie znają żądnej piosenki takiej legendy jak Nirvana, że nigdy nie zobaczyli „Lotu nad kukułczym gniazdem” i raczej nie wiedzą nic o Warholu.

Jest na to lekarstwo. Krótkie i raczej bezbolesne. Ba! Więcej: nawet przyjemne. Tandaradam – oto i ono:

FullSizeRender(3)

Fuuuj książka… No niestety książka. Nie długa, cienizna (jak ktoś próbował przebrnąć przez „Ulissesa”. Świadomie napisałem próbował, bo mogę się założyć, że nikt na świecie tego nie przeczytał od deski do deski).

Jakby ktoś zapytał mnie o ważniejsze książki w moim życiu, to na ten moment, bez zastanowienia, wśród innych wskazałbym tekścik Bayarda. Co to za pan? Ni chuja nie wiem. Jego nazwisko jedynie kojarzy mi się z programem z karłami na jakimś morzu… Jakby ktoś myślał, że dostanie łatwą odpowiedz na tytułowe pytanie, to chyba się zawiedzie.

Ten tekst powinny czytać matki swoim dzieckom już podczas porodu. A jak jakaś matka nie potrafi czytać (bo przecież nie musi), to przynajmniej na pierwszej lekcji każdej klasy ktoś powinien przywołać ten tekst. Najlepiej na lekcji polskiego, ale zwykło się, że na takowych albo robi się głupie teksty, albo teksty tylko polaków (ciekawe dlaczego), albo nauczycielki są idiotkami, a woku to już w ogóle nie ma, a jak jest to prowadzi go katechetka. Może jakby ktoś sobie zadał trud odpowiedzi na pytanie po co czytać, to może łatwiej byłoby zachęcić coraz głupsze dzieci do tej czynności? Ale jak skoro coraz głupsze dzieci = coraz głupsi nauczyciele.

Książka Bayarda jest jak GPS dla zbłąkanej owieczki. Jeżeli ktoś zapomni po co chce czytać, to Pierre pozwoli mu się odnaleźć niczym duszpasterz. Bayard pisze, że o książkach nie powinno się mówić. Powinno się mówić o sobie przez książki. „Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało” pozwala wyzbyć się poczucia wstydu, że nigdy się nie przeczytało „Hamleta”, „Lalki”, „Czarodziejskiej góry” itp. To teks, który pracuje, który zmienia coś w człowieku. To tak staromodne, że aż nie do uwierzenia, a jednak.

Jakby ktoś zwątpił w literki, w filmy i całą kulturę. Jakby się zastanawiał, co oznaczają kwadraty sprzedawane za miliony na aukcjach, wtedy Pierre mu powie: pierdol się. Nie o to chodzi. Chodzi o to, żebyś poznał siebie, a nawet więcej – kreował siebie. Dlatego powinniśmy mentalnie mordować nauczycieli, którzy tego nie wiedzą:

„Jakiż piękniejszy dar możemy ofiarować studentowi, niż rozwinąć w nim zdolność inwencji, czyli zdolność wymyślania siebie?” (s.141)

Higieniści, czyli dlaczego warto cię zabić

Ostatnio gdzieś przeczytałem, że ktoś robił sobie notatki na końcu książki, którą przeczytał. Pisał tam o tym, co pomyślał po przeczytaniu. Oczywiście po kilku latach otwierał książkę i ze zdziwieniem zauważał, że już ją kiedyś czytał. Ze mną może być podobnie. I tak sobie pomyślałem, że nie chciałbym zapomnieć niektórych książek i tego, co o nich myślałem wtedy. Może to będzie jeden taki wpis, może na tym ten blog się zakończy. Nie wiem.

Ostatnio czytam twór Macieja Zaremby Bielawskiego, co zwie się „Higieniści. Z dziejów eugeniki”. Tak, mam parę przemyśleń na ten temat. O Panu Bielawskim wiem niewiele. W sumie nie wiem nic. Wiem tylko, że takie nazwisko widnieje na okładce. To chyba wystarczająco dużo. Napisałem, że czytam. Tak, jeszcze nie skończyłem i nie wiem, czy to kiedyś nastąpi, co nie wyklucza tego, że sobie ją pokomentuję tu i teraz.

Właściwie nie wiem dlaczego kupiłem tę książkę. Zobaczyłem ją kiedyś na stronie wydawnictwa, coś o niej usłyszałem i pomyślałem, że można zobaczyć, co jest w środku.

Książka jest momentami bardzo nudną historią eugeniki. Kto nie wiem, co to eugenika, to niech se wrzuci w wikipedię, inni mogą przeczytać książkę, to się dowiedzą. Takie żarty się mnie trzymają.

Książka w pierwszym momencie mną wstrząsnęła. To często się nie zdarza. Prawie nigdy. A jednak ta ma coś w sobie. Od pierwszych stron nie moglem uwierzyć, że cywilizowany kraj, jawiący się nam Polakom, jako raj na ziemi [Szwecja], do niedawna dzielił ludzi na pożytecznych i mało wartościowych, a tych drugich REDUKOWAŁ. Do otworzenia tej książki żyłem w złudnym przekonaniu, że takich rzeczy już się nie robi od II WŚ, a jednak. To, że kiedyś zmuszano do sterylizacji, tych, którzy są „niegodni rozmnażania”:

„za wysocy, za niscy, z kalectwem fizycznym, garbaci, kuternogi, debile, niezwykle brzydcy, nienormalni, debile, pokurcze, chorzy, alkoholicy, syfilitycy, gruźlicy, epileptycy, chorowici, chorzy, zdeformowani, nieuleczalni, debile, mizeroty, chorzy, inwalidzi, degeneraci, debile, kuternogi, chorzy, bardzo głupi, degeneraci, idioci, urodzeni kryminaliści, nałogowi przestępcy, łajdacy, szachraje, onaniści, mordercy, złodzieje, kłamcy, niepoddający się jakiejkolwiek dyscyplinie, recydywiści, łajdacy, łotrzy skazani po dziesięć lub po dwanaście razy, oszuści, rabusie, stręczyciele, grzeszący przeciw naturze, pokurcze, chorzy, idioci, z demencją, kryminaliści, głuchoniemi, rachityczni, epileptycy, z demencją, próżniacy, ignoranci, niezguły, niepodobający niczemu cherlawi itd.”

Na początku się przeraziłem, później bawiło mnie, że onanistów trzeba sterylizować wg niektórych, bo kto jest bez winy niech pierwszy itd. Myślę, że jeżeliby to potraktować poważnie, to nikogo by na tym świecie nie było w następnym pokoleniu. Mnie to już na pewno. Nic tak nie wbija się w głowę czytelnika, jak to, że on sam byłby pewnie wysterylizowany, a jego rodzice to już prawie na pewno.Ale nie ważne. Chyba każdy kto przeczyta książkę będzie oburzony, wykrzyczy w niebiosa „cóż za niesprawiedliwość”, „biedni ludzie”, „kto im dał prawo” i  takie tam bzdety. Jak jeden mąż trzeba się oburzyć.

1. Słyszałem o kilku przyoadkach pozywania rodziców przez dzieci, któe chcą odszkodowań za to, że są brzydkie, bo rodzice przekazali im brzydkie geny. Albo facetowi urodziły się brzydkie dzieci i oskarża żonkę o to, że jest brzydka, a zataiła przed nim, że teraz jest seksbombą tylko dlatego, że poszła pod nóż chirurga plastycznego. No i dostaje gigantyczne odszkodowanie. Słusznie czy nie. Aj don’t, kurwa, nie wiem. Ale wiem, że to może prowadzić do eugeniki i się trochę obawiam.

2. Gorsze jest dla mnie to, że uświadomiłam sobie, że po części się zgadzam z postulatami eugeników. I właśnie to mnie przeraziło. Można się z książki dowiedzieć czegoś o sobie. Czasami czegoś okropnego, więc odradzam czytanie. Lepiej nie wiedzieć.

Dlaczego zgadzam się z nimi, tymi złymi, tymi, co trzeba ich potępić, tymi złymi, którzy niosą szatana na ustach, tymi, którzy mają pewność. A no już tłumaczę się, ale żeby to uczynić muszę ponudzić trochę i zarysować sytuację.

Mam w rodzinie Agnieszkę. Agnieszka ma lat 21. Z powyższej litanii przywar ludzkich, moim skromnym zdaniem,  charakteryzuje się takimi cechami: za niska, debilka, niezwykle brzydka, nienormalna, matka, ojciec – alkoholicy, chorowita, bardzo głupia, idiotka, kłamca, próżniaczka, ignorantka.

Wiem, że to tak troszku niegrzecznie o kimś się wypowiadać i go oceniać, ale czy każdy z nas nie twierdził kiedyś, że ktoś jest np. debilem? Mi się zdarzało, ale oczywiście nie twierdzę, że mogę mieć jakąkolwiek rację. Ale wrócę do Agnieszki. Jej matka nie odmawiała sobie wódeczki, kiedy była z nią w ciąży. Odmawiała sobie tego, żeby pójść z nią czasami do lekarza, więc w papierach się wszystko zgadza – Agnieszka jest zupełnie zdrowa. Oprócz tego, że wygląda już na nie całkiem zdrową, nie potrafi odjąć 16 od 27, pisze i czyta gorzej niż dziecko z podstawówki, nigdy nie skończyła gimnazjum. Tak widzę Agnieszkę. Nie przeszkadza mi szczególnie. Do niedawna szczególnie mnie nie interesowała nawet. Ale ostatnio dowiedziałem się, że wychodzi za mąż. Znalazła sobie kogoś ze swojej ligi. Nie mogłem w to uwierzyć. I nie wierze nadal. Ale coś mnie ruszyło gdy usłyszałem, że Agnieszka jest w ciąży. Matką roku nie zostanie – nie musi. Ale odruchowo współczuję temu dziecku. Bo albo będzie takie jak jej rodzice i wtedy będzie się mu żyło dobrze, albo będzie normalne i chyba dobrze nie zniesie tej sytuacji. Dobrze, że jest kurator, który sprawdza, co tam się dzieje, ale nie wiem czy to może pomóc. Opieka społeczna kupuje jej tabletki antykoncepcyjne, chociaż niektórzy spiskowcy w rodzinie twierdzą, że Agnieszka mogła zostać wysterylizowana podczas cesarskiego cięcia. Nie wiem, czy można temu wierzyć.

Mimo, że nie jestem nikim kto mógłby osądzić kto powinien mieć dziecko, kto nie – nie mogę odsunąć od siebie myśli, że lepiej, żeby ona nie miała więcej dzieci, że to jedno nie będzie za szczęśliwe. Obym się myliła, dlatego też im niczego nie zabraniam. Nigdy też nie poparłabym ustawy, która chciałaby takie przypadki regulować.

To tyle moich przemyśleń na temat tej książki. Może jutro zmienię zdanie. Może pójdę do sejmu i będę walczyła z głupimi i przekonywała ich, ze ustawa taka byłaby zajebistym pomysłem, bo przecież państwo by zarabiało na tym, a już na pewno by nie traciło. Nie wiem. Zobaczymy.

Why?

Na początku wypada się przywitać. Zatem tego nie zrobię.

Postanowiłam pisać. Jakieś 5 minut temu. Dlaczego? Bo zrozumiałam, że żeby pisać, trzeba tylko… pisać. Jak głupio to nie brzmi, to tak jest. Pisać każdy może, nie każdy to musi czytać.

Skończyłam studia i (o dziwo?!) pracodawcy nie pchają się drzwiami i oknami, żeby mnie zatrudnić, a ja pcham się jeszcze mniej niż oni. Może to dlatego, że naczytałam się Świetlickiego (on jeszcze żyje?), który przemówił do mnie, niczym Anioł Pański:

Nie idź do pracy.

Nie idź do pracy. To szatan puszcza imejle.

To szatan daje dyplomy.

Nie idź do pracy.

Nie idź do pracy.

To szatan daje ci urlop.

Tam czeka na ciebie nic.

Nic.

W dużej czapce, Czapce niewidce.

To nic.

Nie idź na schody.

Nie idź na zewnątrz.

Tam czeka na ciebie nic.

Bo to nic.

Nie idź do pracy.

Ukryj twarz w poduszce,

Nie idź do pracy.

Tam czai się nic.

To nic tam rządzi.

Nic nienawidzi.

Nic.

Nic.

Nie idź.

Bo to nic.

To nic.

Nic.

 

No… Chyba nie ma bardziej przekonującej poezji. Ale niestety jeść coś trzeba. Ciekawe czy Świetlicki żywi się tylko Światłem i energią z kosmosu jak Stachurski? Jak ktoś zerknął  na bloga i zobaczył wiersz, to raczej pomyślał sobie: o kurwa! kolejny blog o pierdolonej literaturze???

 

 

No niestety tak. Kolejny. Powstaje po to, żebym nie zwariował, sprzedając przez telefon mapy. Żebym nie pomyślał, że kiedyś przestanę czytać. Bo kurwa nie mogę i chuj! Wiem, że czytelnictwo w Polsce jest żadne, więc pisanie bloga o książkach to świetny pomysł. Więc chuj Wam w dupę, na pohybel posępnego czerepa, będę pisać. Dopóki śmierć nas nie rozłączy.

P.S. co to do kurwy nędzy jest pohybel? [Jak ktoś wie, albo ma w domu słownik, to niech mi napisze w komciach].

Ostatnio oglądałem konkurs Szopenowski. I, kurwa, pokażcie mi jednego normalnego człowieka na ziemi, który wie, kiedy oni grają dobrze, a kiedy nie? Tu dochodzimy pewnego pytania (ale zanim o nim – tak, blog będzie nie tylko o literaturze, tylko o wszystkim o czym chcę, co grozi brakiem grupy docelowej, targetu, jak mówią korposzczury): co znaczy dobrze i źle? Czy jest ktoś na świecie – oprócz żiri – kto zna na pamięć wszystkie dzieła tegoż W Y B I T N E G O pianisty, żeby obserwować kto się kiedy pomylił, a kiedy ktoś specjalnie próbował nieśmiało improwizować? Dla kogo jest ten pierdolony, nudny konkurs? Jakby ktoś chciał posłuchać Szopena, to sobie znajdzie na YT jakieś nagranie i sobie posłucha, więc po co oglądać jak ktoś kogoś kopiuje? To tak jakby zamiast książki kupić sobie ksero i sprawdzać, czy się gdzieś tusz nie wylał…

Ciekawe jaką to ma oglądalność. Ino gbury, hipstery i mishowcy na to paczo. No i ja zerknąłem. Po co? Żeby poczuć się na chwilę elitarnie. No. Domownicy prawie zadzwonili do psychiatryka i wtedy zaczęła się bitwa o pilot, bo przecież w tym czasie Pierwsza Miłość leci… Długo nie walczyłem, z całej siły chciałem przegrać ten bój, żeby to chujstwo wyłączyć, i czuć, że stoczyłem bitwę o podniesienie tępej rodziny na wyższy poziom kultury. Niestety nie udało się.

Dziwne było to, że telewizja na chwilę przeniosła mnie w czasie (bez zbędnej egzaltacji proszę czytać to zdanie!). Tak chyba już świat nie wygląda. Bez Ani z Ekipy z Warszawy, bez reklam suplementów diety i leków na infekcje intymne. Ktoś sobie stworzył świat, do którego normalny człowiek nigdy nie wejdzie, bo w swoim dresie z piwkiem w ręku, będzie się czuł, co najmniej, niezręcznie. Więc chyba nam to pokazują, żeby nas zawstydzić.  Więc my się nie damy.

kultura i sztuka brzmią tak, że na sam słych się rzygać chce. Jak se włanczam TVP Kultura to tylko wtedy, jak nie mogę zasnąć. Przecież oni robią te programy tak, zeby przez przypadek nie zainteresowac sobą normalnego człowieka. Bez garnitury i muchy człowieku nie podchodź do telewizora. DO TELEWIZORA! Idioci pchają się do masowego medium, po to, żeby się wypiąć na masy. A masa mówi codziennie huj, dupa, kurwa, ja pierdole. Codziennie idzie się wysrać i nie myje zębów po każdym posiłku. Nawet kurwa prysznica nie bierzemy codziennie. Więc dajcie nam coś, co nas ruszy. Co ruszy nasze otępiałe łby.

Dlatego właśnie będę sobie pisać. O wszystkim bez spiny. Spróbuję usunąć z moje głowy poprawność polityczną, co mi się nie uda, ale próbować warto. Spróbuje pisać o książkach tak, jak je czytam. Bez patrzenia na wszystkie nawiązania literackie, bez odkrywania znaczeń metafor. Tak. Jak ktoś mnie zmusi, bo nikt normalny nie będzie tego dziadostwa czytał, do fragmentów Pana Tadzia i czytam:

„Woźny pas mu odwiązał,pas słucki,pa slity
Przy którym świecą gęste kutasy jak kity (…)”
Czytam i nie lecę do pierdolonego przypisu, żeby sprawdzić czym są kutasy, tylko widzę gęste, mięsiste, nabrzmiałe i święcące chuje na jakimś typie. I, kurwa, niech mi Pani z polskiego powie, że mi się ma nie kojarzyć. Będzie mi się kojarzyło i chuj. I tak jest i nawet sam Adaś jakby przyszedł i mi powiedział, że źle czytam to święcący kutas mu w dupę, bo jak wyjdę ze szkoły i przez przypadek zacznę coś czytać, to mi nikt nie powie, czy dobrze coś przeczytałem czy nie. I co wtedy zrobię? Płakać nie będę i nawet jak nie dostrzegę jakiejś aluzji literackiej, to po przepłakanych trzech nocach (jak mnie ktoś uświadomi) będę żył dalej i może nawet nie zniechęcę się do dalszego czytania. Jak ktoś chce być krytykiem i czytać jak krytyk, to neich se idzie na polonistyke i nich wmawia innym, że czytają źle, albo źle czytają Szopena. Że są niegodni tak wielkiej i szlachetnej, kurwa, P O Z Y C J I   K S I Ą Ż K O W E J, bo nie rozumieją co czytają. Oni myślą, że książki to się pisze dla trzech krytyków. Nie książki się pisze dla normalnych ludzi, którzy nie wiedzą, co to jest holizm ontologiczny, postkolonializm i strukturalizm.
Dlatego się tak pocę, żeby to pisać, bo czytam bez spiny i nikt mi, kurwa, nie wmówi, ze czytam źle, że czytam za mądre książki, które nie są dla mnie. Żaden pisarz nie przeżyłby pół dnia za kasę ze sprzedanych książek, gdyby kierowane byłyby do „specjalistów od literek”.
Nie można przeczytać, czegoś źle, nie przyjdzie nam tu Witkowski i nie powie: ej, nie to chciałem, żebyś zrozumiał, jesteś debilem w trzy dupy, więc nie czytaj moich tekstów, albo ja ci wytłumaczę, jak miałeś to zinterpretować. Nie dajmy sobie wmówić, że książki są dla mądrych, że to nie dla nas, że ktoś to bardziej zrozumie. Można się napierdolić tanim winem i czytać i nie będzie to wcale gorsze czytanie od czytania z kubkiem gorącej herbaty earlgrey z bergamotką, na świeżym powietrzu, wśród łanów zbóż.
Dlatego ja czytam bez spiny i życzę tego wszystkim Państwu. Nie miało byś tak długo, ale tak wyszło i będzie tak cały czas – jak wyjdzie to wyjdzie. Kolejny post też.

Buziaczki.

Witaj, świecie!

Witaj na swoim nowym blogu!

Bardzo się cieszymy, że jesteś z nami! To jest pierwszy, przykładowy wpis. Możesz go usunąć logując się do Kokpitu i wybierając menu Wpisy.

Jeśli coś jest dla Ciebie niejasne, zapoznaj się z działem Pomoc:
http://blog.pl/pomoc

Zapraszamy również na nasz profil na Facebooku, gdzie znajdziesz aktualności, poczytasz ciekawe blogi, lub weźmiesz udział w dyskusjach z innymi blogerami:
https://www.facebook.com/Blogpl

Miłego blogowania! :-)